piątek, 31 stycznia 2014

Poradnik pozytywnego myślenia - Matthew Quick


Pewnego dnia, patrząc w ukochane niebo, Matthew Quick stwierdził, że ma do powiedzenia światu coś więcej, niż tylko przytaczanie losów dawno już zakurzonych bohaterów. 
Rzucił więc pracę nauczyciela języka angielskiego i napisał swoją pierwszą powieść, pod iście wdzięcznym tytułem „Poradnik pozytywnego myślenia”.






Ale o czym tak właściwie jest ten „Poradnik…” ? 



Żeby odpowiedzieć na to pytanie na samym początku należałoby przytoczyć zarys fabuły. No więc, na pierwszej stronie, pierwszego rozdziału zatytułowanego kuriozalnie „Nieskończona liczba dni pozostała do mojego nieuniknionego pojednania z Nikki” poznajemy Pata. Pat to dbający o formę fizyczną trzydziestoparolatek, uwielbiający futbol amerykański i od niedawna pochłaniający niezliczone ilości książek. Ogólnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego każdy dzień jest idealnie podporządkowany treningom, pije piętnaście litrów wody na dobę i żeby spalić większą ilość kalorii biega w worku na śmieci, a wszystkie książki, które czyta to lektury z dawno już ukończonego liceum. Jakby tego było mało Pat ma też całkiem ciekawą teorię – uważa, że jego życie to film, który na pewno zakończy się Happy Endem. 

Żeby wyjaśnić powstałe wątpliwości dodam, że Pat właśnie wrócił z - jak sam to nazywa - „niedobrego miejsca”, czyli szpitala psychiatrycznego, gdzie w zupełnej izolacji od świata spędził prawie cztery lata. Tam też wymyślił sobie kilka postanowień, m.in.: nieustannie pracować nad sobą i ćwiczyć bycie miłym, co w jego mniemaniu pozwoli mu osiągnąć upragniony Happy End, czyli powrót żony, Nikki.  
Ta iście konsekwentna strategia zostaje jednak zaburzona, gdy poznaje Tiffany. Tiffany to prawdziwa kobieta z przeszłością i podobnie jak Pat ma problemy z postrzeganiem świata.
Między tym dwojgiem tworzy się nić porozumienia.


A co takiego pozytywnego sobą wnosi?



Poradnik to nie jest książka o typowej miłości. 
Nie nastawiajcie się też na łzawą historyjkę z potężnym problemem w tle. 
Poradnik to przede wszystkim historia o realizacji marzeń, drodze do szczęścia i o tym jak wiele nasz los wymaga od nas samych.


Matthew Quick podjął trudny temat, jakim jest wychodzenie z załamania nerwowego. Łatwo było tutaj wpaść w szablonowy schemat, chwytającej za chusteczki powieści. Jednakże udźwignął go zdumiewająco dobrze i gwarantuję Wam, że jeżeli uronicie jakąś łezkę, to tylko ze śmiechu. Bo Pat to postać komiczna, a swoją naiwnością dziecka buzi ogromną sympatię już od pierwszej strony. Uwielbiałam jego ekspresywny sposób czytania książek i wielce groźne oburzenie na autorów takich dzieł jak "Wielki Gatsby", "Szklany klosz" czy "Pożegnanie z bronią". 


"Nie mam zamiaru w najbliższym czasie cytować Hemingwaya, nigdy też nie przeczytam innej jego książki. Gdyby wciąż żył natychmiast napisałbym do niego list, grożąc, że własnoręcznie go uduszę za to, że jest taki ponury. Nic dziwnego, że - jak wyczytałem w przedmowie - strzelił sobie w łeb." [s. 31]


Uwielbiałam też to, jak roztrząsał zachowania bliskich mu osób, jego wszelkie halucynacje, mordercze treningi i całowanie zdjęcia Nikki przed snem. No a Tiffany? Tiffany na początku odbierałam jako osobę, której ewidentnie brakuje piątej klepki. Ale później przekonała mnie do siebie i nawet ją polubiłam. Przebywanie z tą parą stanowiło dla mnie naprawdę miłe doświadczenie i wiele bym oddała, aby częściej mieć do czynienia z tak świetnie skonstruowanymi portretami psychologicznymi bohaterów. I choć nie trzeba być wróżką, by przewidzieć, jak to wszystko się zakończy, z przyjemnością towarzyszyłam bohaterom aż do ostatniej strony.

Polubiłam też Cliffa, nietuzinkowego psychoterapeutę z niecodziennym sposobem leczenia oraz rodziców Pata, szczególnie mamę - oazę pełną rodzinnego ciepła i matczynej wyrozumiałości.


„Nie powinieneś chcieć się nikogo pozbywać. Potrzebujesz przyjaciół, Pat. Jak każdy.” [s. 89]


Skoro napisałam już co polubiłam, to teraz napiszę czego nie polubiłam. Przede wszystkim irytował mnie wszechobecny ukłon w stronę futbolu amerykańskiego. Za każdym razem, gdy już wczuwałam się w historię Pata i jego przemyślenia, to atakowało mnie kibicowanie Orłom. Jestem w stanie zrozumieć, że bohaterowie tej książki to prawdziwymi fani, a także to, że jak najlepiej starali się wspierać swoich ulubionych graczy, ale czy musiało być to aż tak mocno akcentowane? Naprawdę nie interesowały mnie zachwyty nad koszulkami zawodników, wszelkie pogadanki na temat starć, ani tym bardziej to, w ilu przyłożeniach Orły odniosłyby zwycięstwo.



„(…) ludzie często mówią i robią różne rzeczy, ponieważ wydaje im się, ze inni tego od nich oczekują.” [s. 83]



Nie mogę jednak powiedzieć, że historia stworzona przez Matthew Quicka jest bezwartościowa i nie zasługuje na poświęcenie uwagi. Poradnik pozytywnego myślenia to przede wszystkim powieść wielowymiarowa, napisana prostym i przystępnym językiem, dzięki czemu bardzo szybko się ją czyta. Skłamałabym jednak pisząc, że to książka genialna i absolutne 'must have' do przeczytania, jednak jeżeli szukacie sympatycznej historii niepozbawionej uroku i nie straszne są Wam przewijające się przez całą książkę rozgrywki futbolu amerykańskiego, to serdecznie polecam. 



"Wszystko zaczyna się od kłopotów, ale po jakimś czasie przyznajesz się do tego, że masz problemy, i ciężko pracujesz, żeby stać się lepszym człowiekiem, a to właśnie przyciąga szczęśliwe zakończenie i pozwala mu rozkwitnąć (...)" [s. 20]



______________________________________________________________
Matthew Quick, Poradnik pozytywnego myślenia, 374 strony, Wydawnictwo Otwarte, 2013


Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +2,7 cm

środa, 29 stycznia 2014

Sherlock





Popkulturowy fenomen stacji BBC



Sherlock to brytyjski kryminalny serial telewizyjny stworzony przez genialny duet - Stevena Moffata i Marka Gatissa (uwaga! - serialowego brata Sherlocka - Mycrofta).  Ci właśnie twórcy odważyli się przenieść, legendarną postać Sherlocka Holmes'a z powieści Conan Doyle'a, do współczesnego Londynu. Pomysł może ryzykowny, ale w efekcie genialny. Bohaterowie osadzeni więc w dobie techniki - posługują się telefonami komórkowymi, korzystają z Internetu, a Sherlock zamiast palić fajkę, nakleja sobie antynikotynowe plastry i to po 3 na raz, bo jak mówi, lepiej wtedy myśli. 


Sherlock w XXI wieku? Ale jak?



W pierwszym odcinku pierwszego sezonu pt. ”Studium w różu” (co jest odniesieniem do literackiego „Studium w szkarłacie”), John Hamish Watson, lekarz wojskowy, zostaje ranny podczas misji w Afganistanie. Wraca więc do Londynu. Wojna już zdążyła jednak odcisnąć na nim głębokie piętno i generalnie, nie radzi sobie z życiem. Na dodatek okazuje się, że nie stać go dłużej na wynajmowanie mieszkania i w tej właśnie chwili spotyka dawnego kolegę ze studiów, Mike'a, który dziwnym zbiegiem okoliczności, zna kogoś kto również poszukuje mieszkania... John Watson poznaje więc Sherlocka Holmes'a, ekscentrycznego detektywa, uwielbiającego sprawy "nie do rozwiązania". Rozwiązywanie zagadek daje Sherlock'owi ogromną satysfakcję. Jego entuzjazm podczas analizy jest tym większy, im bardziej skomplikowany wydaje się przypadek. Zostają współlokatorami. Doktor początkowo traktuje go nieufnie, trochę pobłażliwie, tolerując wybryki i szaleństwa towarzysza. Po jakimś czasie, jednak, ta dziwaczna "para" zbliża się do siebie i zaprzyjaźnia. Watson chcąc docenić przyjaciela zaczyna więc prowadzić blog, który w efekcie przynosi Holmes'owi sławę. 


Zachwyty, zachwyty



Nawet doskonała historia nie byłaby niczym wspaniałym, gdyby nie została właściwie opowiedziana. 
Gra aktorska to jeden z największych atutów tego serialu.






Benedict Cumberbatch - jako nowy Sherlock jest wprost rewelacyjny. W Polsce nie jest o nim wystarczająco głośno, ale za granicą to jedno z najgorętszych nazwisk. Wracając jednak do Sherlocka - Benedict zagrał go po prostu po mistrzowsku. Jego kreacja zawładnęła mną na tyle, że nie wyobrażam sobie nikogo innego w roli Holmes'a. Zrobił z postacią detektywa coś niesamowitego – odrzucił daleko w cień wszystkie sztywne interpretacje i stworzył własną - unikalną i w każdym calu  d o s k o n a ł ą  kreację. Jego gra aktorska jest wybitna. Podczas każdej sekundy, milisekundy i nanosekundy(!) serialu czuje się, że dokładnie panuje nad każdym słowem, ruchem, gestem i spojrzeniem. 
Głęboki głos, zabójczy wygląd, ironiczne teksty i próba skrycia emocji za elektryzującą warstwą cynizmu... Chylę czoła! Nienaganny angielski szyk tylko dodaje mu uroku.
Idealny Sherlock? Bez dwóch zdań!


Zachwytów ciąg dalszy 


W postać dr Johna Watsona wcielił się Martin Freeman, powszechnie znany jako Bilbo Baggins z "Hobbita". Watson w jego wykonaniu również jest wprost idealny - lojalny, oddany i ułożony. Freeman imponuje spektrum emocji, jakie pokazuje na ekranie. Widzimy go przygnębionego, rozzłoszczonego, przerażonego, poddenerwowanego czy wreszcie szczęśliwego. Wszystko to odgrywa niezwykle wiarygodnie i przekonująco. 

Wspaniałe w tym serialu jest także to, jaką 'chemię' udało się uzyskać Cumberbatch'owi i Freeman'owi. Duet, jaki tworzą to chyba jedna z najlepszych serialowych relacji ostatnich lat.






Jednym z największych i najprzyjemniejszych smaczków jest też strona techniczna, tudzież sposób w jaki na ekranie wyświetlane są treści SMS-ów oraz "mapy myśli" Sherlocka. Niesamowicie rozbudza to wyobraźnię.

Warto również zwrócić uwagę na wspaniałą muzykę i scenografię.


Podsumowując



Serial jest genialny, błyskotliwy, inteligentny, zaskakujący, wciągający.
Jego akcja nieustannie trzyma napięciu, zadziwia i zachwyca. 

Na dzień dzisiejszy powstało 3 sezony Sherlocka. 
Każdy sezon to 3 odcinki po 90 minut każdy. 
Zapowiedziane zostały już sezony 4 oraz 5 (!)

Ogląda ktoś? Który odcinek uważacie za najlepszy i dlaczego? 

Każdemu kto się waha, czy przystąpić do seansu – gorąco polecam! 


niedziela, 26 stycznia 2014

Trylogia Igrzyska Śmierci - Suzanne Collins




Trylogię Igrzysk Śmierci czytałam na początku stycznia 2014 roku.
Pozwolę sobie pominąć zarys fabuły i przejść od razu do swoich odczuć podczas i po przeczytaniu.


Igrzyska Śmierci


"Igrzyska…" co tu dużo pisać – książka mega wciągająca! Pochłonęłam ją w ciągu dwóch dni i oczywiście to wystarczyło bym chciała przeczytać dalsze jej części. 
Niewątpliwym jej plusem jest naprawdę spójna fabuła i prosty język, wszystkie zdarzenia są zwięźle wytłumaczone - bez zbędnych przedłużeń i tzw. zapychaczy. 
Czytało się ją bardzo lekko, a kartki przekręcały się same. 
Podobał mi się też wątek umieszczony pomiędzy wersami - Kapitol jako przeraźliwie współczesny obraz funkcjonowania świata. 
Według mnie najlepsza część z tej trylogii. Naprawdę polecam, jeżeli ktoś jeszcze nie czytał ;)



W Pierścieniu Ognia


"W pierścieniu ognia" zadowalająco trzymał poziom pierwszej części, może na początku akcja się trochę wlokła, ale gdy się już rozkręciła było naprawdę nieźle. 
Podobał mi się pomysł z igrzyskami ćwierćwiecza i wygląd areny, ale zabrakło mi skrupulatności… zupełnie jakby autorka się spieszyła, albo chciała zawrzeć w tej części za dużo i nie do końca wszystko przemyślała. 
Ogólnie czytało się dobrze, chociaż już kilka dni dłużej niż poprzedniczkę. 
Niemniej jednak - część niezła, ale według mnie gorsza od pierwszej.



Kosogłos


Ta książka wzbudziła we mnie cały szereg mieszanych uczuć... np. jednej strony była aż nadto refleksyjna, a zaraz z drugiej nadto brutalna. Chwilami trochę mnie irytowała. Czytałam ją najdłużej ze wszystkich części, mam wrażenie, że wręcz ją "zmęczyłam".
Najsłabsza z całej serii, niby pojawiło się kilka ciekawych środków stylistycznych, ale za późno, rozczarowałam się. 
Zakończenie serii nie wywołało u mnie braku tchu ani fali rozpaczy, raczej ulgę, że już koniec. 
Wątek zemsty Katniss na prezydencie Snow – nazbyt wydłużony, oczekiwałam czegoś z rozmachem. 
Uważam, że Collins za bardzo poszalała tutaj z wyobraźnią… Niektóre wątki to przecież istne bzdury! No i co ona zrobiła z biednym Peetą? Oj... Nie, nie podobała mi się.  



________________________________________________________________________________________
Collins Suzanne, Igrzyska śmierci/W pierścieniu ognia/Kosogłos, 351/359/373 strony, Wydawnictwo Media Rodzina, 2010.




Przeczytane w ramach wyzwania autorskiego 
Czytam Opasłe Tomiska


 +1083 strony


wtorek, 21 stycznia 2014

Gwiazd naszych wina - John Green



Narratorem książki jest szesnastoletnia Hazel Grace. Hazel jest chora. Śmiertelnie chora. Lekarze nie dają jej nadziei na długie życie, ba! są zdumieni, jakim cudem jeszcze żyje.
Jej dni wyglądają podobnie: praktycznie nie wychodzi z domu, spędza długie godziny w łóżku, ciągle czyta tę samą książkę i rozmyśla o nieuchronnej śmierci zastanawiając się czy jej dzisiejszy dzień będzie „Ostatnim Dobrym Dniem”. Nieustannie w tym wszystkim towarzyszy jej wierny kompan imieniem Philip – kilkukilogramowa butla tlenowa, umieszczona na małym metalowym wózeczku (bez której nie mogła by swobodnie oddychać) oraz rodzice kochający ją ponad wszystko.
Pewnego dnia Hazel trafia na grupę wsparcia dla młodzieży z chorobami nowotworowymi.


„A oto jak przebiegały spotkania (…) sześcioro, siedmioro albo dziesięcioro nastolatków wchodziło/wjeżdżało na wózkach do sali, raczyło się nędznym poczęstunkiem złożonym z ciasteczek i lemoniady, siadało w Kręgu Zaufania wysłuchiwało Patricka, który po raz tysięczny relacjonował przygnębiającą historię swojego życia, czyli mówił o tym, że miał nowotwór jąder i lekarze uważali, że umrze, ale nie umarł, i proszę - oto on, nadal żywy, zupełnie dorosły, w kościelnej piwnicy, w sto trzydziestym siódmym najładniejszym mieście Ameryki, rozwiedziony, uzależniony od gier komputerowych, niemający przyjaciół, ledwie wiążący koniec z końcem dzięki eksploatowaniu swojej nowotworowej przeszłości, mozolnie dążący do zdobycia dyplomu magisterskiego, choć on i tak nie poprawi jego perspektyw zawodowych, czekający, jak my wszyscy, na miecz Damoklesa, niosący wyzwolenie, któremu umknął wiele lat temu, gdy rak odebrał mu oba jajka, lecz oszczędził to, co tylko najbardziej wspaniałomyślny człowiek mógłby nazwać życiem.

I TY TEŻ MOŻESZ MIEĆ TYLE SZCZĘŚCIA!

Potem się przedstawialiśmy: (...) Jestem Hazel, mówiłam, gdy nadchodziła moja kolej. Szesnaście lat. Pierwotnie rak tarczycy, z imponującą satelitarną kolonią od dawna osiadłą w płucach.” [s. 11]

Na jednym z tychże spotkań Hazel poznaje Augustusa Watersa, który - jak sam to określił - półtora roku wstecz zawarł znajomość z kostniakomięsakiem w wyniku czego amputowano mu nogę.  Augustus jest charyzmatyczny, intrygujący, pewny siebie, błyskotliwy, no i przede wszystkim - rozumie Hazel jak nikt inny. Od pierwszej chwili wytwarza się między nimi nić porozumienia i kiełkuje uczucie. Dzięki niemu dziewczyna zaczyna czerpać radość z dnia codziennego, a jej życie z dominującej w nim szarości przekształca się w głębię nasyconych barw.

Zdystansowane podejście do choroby jakie prezentują główni bohaterowie wraz z wszechobecną ironią (zwłaszcza w wykonaniu Augustusa!) są wielką siłą tej książki. Augustus i Hazel to postacie, które nie użalają się nad sobą, nie chcą też budzić współczucia ani litości. Podobały mi się ich egzystencjalne rozterki m.in. dlatego polubiłam Hazel Grace i Augustusa Waltersa od pierwszych stron.

John Green w sposób niezwykle intensywny i wiarygodny opisał uczucia i problemy nie tylko dotkniętych chorobą nastolatków, ale także ich rodziców, którzy w swojej bezsilności i bezradności muszą na co dzień zmagać się ze świadomością zbliżającej się śmierci swoich ukochanych dzieci. Ale wątek śmierci nie jest tutaj jedyny - jest to też książka o dojrzewaniu, prawach młodości i charakterystycznych problemach pierwszej miłości.

Podoba mi się styl pisania pana Greena, jest lekki i nienachlany. Lubię sposób w jaki stosuje wszelkie środki stylistyczne i dobór słownictwa taki – powiedziałabym – poetycki. W książce niemalże na każdej stronie można znaleźć prawdziwą perełkę, metaforę, a nawet życiową mantrę! 



Gwiazd naszych wina to jak do tej pory najgłośniejsza powieść Johna Greena. Zyskała uznanie krytyków oraz czytelników w wielu krajach. Przez długi czas gościła na pierwszym miejscu list bestsellerów „The New York Timesa” oraz „Wall Street Journal” ponadto „The New York Times” ogłosił tę książkę najlepszą młodzieżową książką roku 2012. 
Ogólnoświatowe uznanie musi o czymś świadczyć – tę książkę należy przeczytać chociażby po to, by przekonać się w czym tkwi jej magia. Mi się bardzo podobała i na pewno sięgnę po inne tytuły pana Greena.

Trwają prace nad adaptacją filmową. W rolach głównych wystąpią Shailene Woodley i Ansel Elgort. W pozostałych - Laura Dern, Willem Defoe i Sam Trammell.  
Datę premiery w polskich kinach zapowiedziano na 6 czerwca 2014 - jednocześnie z premierą światową. 





__________________________________________________________________
Green John, Gwiazd naszych wina, 312 stron, Wydawnictwo Bukowy Las, 2013.

Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +2,4 cm
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...