środa, 30 kwietnia 2014

Sto imion - Cecelia Ahern


"Wiesz, opowiadanie historii czy poszukiwanie prawdy wcale nie ma być jak wyjazd na misję pod ostrzałem karabinów, żeby za wszelka cenę ujawnić jakieś kłamstwo. Nie musi być też szczególnie nowatorskie. Trzeba po prostu dotrzeć do sedna tego, co prawdziwe." [s. 19]
Główną bohaterką Stu imion jest trzydziestokilkuletnia Kitty Logan. Kitty jest dziennikarką i niedoświadczoną reporterką telewizyjną. Kiedyś pełna pasji i zaangażowania, obecnie - tylko zaangażowania. Nastawiona na karierę i osiąganie sukcesów oraz zachęcona podsuniętym tematem bez wahania podjęła się jego realizacji i tym samym popełniła największy błąd w swoim życiu. 
"Jej zrozumienie człowieka i wrodzona umiejętność prowadzenia zwykłej rozmowy ustąpiły miejsca gierkom, próbom wyciągnięcia z ludzi informacji wbrew ich woli, knowaniom, jak wydobyć odpowiedź od rozmówców, którzy nie chcieli by przytaczać ich słowa. Zaczęła tworzyć swoje historie w całkowicie inny sposób." [s. 131]
W efekcie straciła pracę narażając swoich pracodawców na wielotysięczne zadośćuczynienie oraz krytykę społeczeństwa. Dzisiaj: skończona na polu zawodowym i potępiona przez najbliższych, traci najważniejszą osobę w swoim życiu, która jako ostatnia w nią wierzyła - swoją wieloletnią mentorkę i przyjaciółkę. Chcąc oddać jej cześć i należyty szacunek angażuje się w ostatni projekt - tajemniczy artykuł o stu pozornie nieważnych nazwiskach, które przez ponad rok pieczołowicie gromadziła zmarła. Kim są ci ludzie i co takiego istotnego sobą reprezentują oraz jak zbieranie tych informacji wpłynie na samą Kitty?

Ujęta poprzednią przecudowną książką tejże autorki pt. Pora na życie, którą przeczytałam zaledwie kilka dni temu i którą zachwycałam się w swojej ostatniej recenzji - zaraz po jej opublikowaniu zaczęłam czytać Sto imion. Być może zbyt wiele oczekiwałam, być może to nie była odpowiednia kolejność i powinnam była sięgnąć po Sto imion wcześniej, jakby nie było - Sto imion w porównaniu z Porą na życie wypadło blado. Nie twierdzę, że jest to zła książka - absolutnie. Jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Sto imion to po prostu obyczajowa opowieść dla kobiet - wzruszająca do głębi i wywołująca łzy - opowieść z morałem i drugim dnem, którą czytało się świetnie i której stylistycznie nie mam nic do zarzucenia - jednak zabrakło mi tutaj nutki magii, którą tak uwielbiam u Ahern oraz jej ciętych zabawnych i ironicznych dygresji. Podczas lektury Pory na życie śmiałam się na każdej stronie - tutaj uśmiechnęłam zaledwie kilka razy... Coś nie grało, coś się nie spajało. Może to wina tłumaczenia, może podjętego tematu, ciężko mi stwierdzić - po prostu w moim odczuciu coś tutaj nie złapało. Jednak książka sama w sobie jest naprawdę dobra i zaraz to zobrazuję.
"(...) Kitty wreszcie miała poczucie,że dostrzega jakiś kierunek. Zdrapała wierzchnią warstwę i zaczynała dostrzegać pod nią ludzi, tę część, którą każdy skrywał przed innymi pod maską towarzyskiej uprzejmości, za brakiem pewności siebie. Czuła, że dociera do coraz ciekawszych historii." [s. 288]
Tym razem Ahern skupia się na życiu i rozterkach zwykłych ludzi - na tym, że tak naprawdę, każdy człowiek przeżywa życie w taki sposób, że byłby z tego świetny artykuł. Precyzując: każdy z nas ma do opowiedzenia swoją historię, ponieważ każdy jest interesujący przez pryzmat zdobytych doświadczeń. Autorka kieruje nas na ścieżkę wytchnienia oraz tego by w codziennej pogoni na sukcesem i pieniędzmi przystanąć na chwilę i poznać drugiego człowieka, by nie osądzać go na podstawie czyichś domysłów bądź bezpodstawnych przypuszczeń, ale żeby dać mu szansę na opowiedzenie własnej historii i na wyzwolenie w nas emocji. 
"(...) powinno się wykazać zrozumienie dla wszystkich aspektów danej opowieści, udowodnić odbiorcy, że za słowami kryje się emocja." [s. 17]
Przygody Kitty czytałam jednym tchem - strony powieści przekręcały się same, ale jednak postać głównej bohaterki mnie nie porwała, nie polubiłam jej tak bardzo jak Lucy z Pory na życie. Nie zarzucam jej braku autentyczności - życiowe rozterki i miłosne perypetie Kitty były naprawdę wciągające i poprowadzone sprawną ręką - jednak coś w niej samej niejednokrotnie mnie irytowało. Oczywiście poza Kitty, Ahern wprowadziła do swojej powieści całą masę różnorakich postaci, które swoimi przeżyciami i doświadczeniami dostarczały mi mnóstwo wzruszeń i przyjemnych chwil.

Fabuła powieści, mimo podjętego tematu, poprowadzona jest wartko i płynnie. Nic nie blokuje, ani nie zatrzymuje, w zasadzie książka czyta się sama - i za to właśnie uwielbiam Ahern - bo wiem, że gdy sięgam po jej książkę, nie stracę przeznaczonego na nią czasu. W przypadku Stu imion początkowo nie mogłam się przegryźć, nie było tutaj (tak jak w poprzednich jej książkach) takiego "łał" na początku - nie było dziarskiego akapitu który wżera cię w strony - w tym przypadku było inaczej. Zupełnie jakby książka była pisana po jakiejś ważnej stracie w jej życiu, bądź też innym ważnym przykrym doświadczeniu. 

Jednak sama historia jest płynna i składna. Narracja może nie zachwyca, ale też nie zawodzi - jest przyjemnie, miło i... smutno. To dość smutna książka, chociaż zawiera kilka pozytywnych elementów. Niewątpliwie wzruszająca, a ostatnie rozdziały ściskają za serce i czytałam je ze łzami w oczach, lecz to nie były łzy rozpaczy, a radości. Bowiem jesteśmy tutaj świadkami wielu rozmów i momentów często przykrych i dramatycznych - jednak wszystko się układa, dobro zwycięża, miłość triumfuje, a książka swoim przesłaniem pokrzepia i wzrusza. 

Sto imion to słodko-gorzka opowieść traktująca o przemianach oraz o tym, że dobro tli się w każdym z nas. Ta książka zwraca uwagę na to, by nauczyć się dostrzegać więcej i potrafić przebaczać, ponieważ nadzieja jest nieodłącznym motywatorem zmian. Szczerze polecam - Cecelia Ahern po raz kolejny wzrusza i zostawia czytelnika z mnóstwem nadziei i wiary w sens życia.


__________________________________________________________
Cecelia Ahern, Sto imion, stron 448, Wydawnictwo Akurat, 2014

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Business & Culture oraz Wydawnictwu Akurat

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +3,1 cm
Czytam Opasłe Tomiska: + 448 stron
Klucznik: +1
Czytamy powieści obyczajowe

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pora na życie - Cecelia Ahern


"Kiedyś byłaś znacznie bardziej... "bardziejsza". Straciłaś swoją bardziejczość." 
Szalony Kapelusznik do Alicji w filmie Alicja w Krainie Czarów (2010)

Tym intrygującym cytatem Cecelia Ahern zaprasza nas do wejścia w świat swojej najnowszej, przepełnionej magią powieści pt. Pora na życie. Przyznam, że gdy tylko przeczytałam te słowa - pomyślałam sobie: to będzie świetne. I wiecie co? I było! Opowiem troszkę o treści, ale tak niewiele, by zbyt wiele nie zdradzić. Uwielbiam pisać dla Was zarysy fabuły, wiecie o tym? Nie? To już wiecie :) No to zaczynajmy:

Lucy Silchester to samotna trzydziestolatka mieszkająca w wynajętej kawalerce ze swoim kotem, Panem Panem i na co dzień pracująca jako tłumaczka instrukcji obsługi sprzętu AGD. Wiedzie nic nie znaczące i nudne życie, które ją oczywiście spełnia, bo Lucy ma tendencję do okłamywania wszystkich dookoła, a w szczególności - samej siebie. Kiedyś miała wszystko: kochającego chłopaka, dobrą pracę i mieszkanie kilka razy większe niż to w którym przebywa obecnie, jednak na skutek różnych okoliczności wszystko się zawaliło. Mimo, że od tamtego czasu minęło już ponad trzy lata Lucy nadal nie potrafi się ogarnąć. Całkiem zapomniała o sobie i zajęta rolą pocieszycielki strapionych ukradła kota (albo znalazła - jak kto woli). Po prostu pewnego dnia podczas deszczu, będąc w zamkniętej uliczce niczym Audrey Hepburn - uratowała z opresji kociaka miauczącego tak żałośnie, że jej pęknięte serce nagle zabiło mocniej. Teraz Pan Pan mieszka w jej butach i sika gdzie popadnie, bo Lucy (jako nielegalna właścicielka kota) oczywiście nie ma możliwości wyprowadzić go na dwór, więc w chytrym planie obstawiła mu podłogę obrazami imitujących przyrodę, las, wodospady i inne koty - żeby chociaż taki miał kontakt z naturą. Oglądają razem w telewizji jej byłego, co chwilę pauzując ekran, wzdychając i jedząc przemrożone dania z zamrażalnika. Zaniepokojona tym faktem rodzina Lucy zdecydowała się jej pomóc i umówiła ją na rozmowę z Życiem. Tak - z Życiem. Niestety, Życie Lucy okazało się nieciekawym i niechlujnym siwiejącym facetem z kilkudniowym zarostem i w pogniecionej marynarce, do tego sprawiającym wrażenie jakby wszystko o niej wiedział... 
" (...) pozostanie pani tak samo samotna, znudzona i nieszczęśliwa jak wcześniej, tyle że tym razem w sposób tego świadomy. I ta świadomość nie opuści już pani ani na chwilę." [s. 64]
Pierwsze spotkanie kończy się porażką. Ona trzaska drzwiami i ucieka. Jednak coś się zmienia, bo Życie tak łatwo nie daje za wygraną i coraz częściej rzuca jej "podkręcone piłki". Co takiego zmieni się w Lucy i jak to wpłynie na życie jej Życia? 

Brzmi to może trochę absurdalnie, ale uwierzcie mi - wcale takie nie jest. To piękna opowieść o radzeniu sobie z samym sobą, którą czyta się jednym tchem. Cecelia Ahern ma niesamowitą zdolność do pisania o rzeczach pozornie błahych, ale jednak istotnych z podszytą magią i urokiem. Czytałam już kilka jej powieści i za każdym razem po zamknięciu okładki utwierdzam się w przekonaniu, iż uwielbiam tę pisarkę. Zawsze potrafi wzniecić we mnie światełko nadziei i gdy mam chandrę - to właśnie dzięki niej - ona znika.

Pora na życie jest przepełniona ironią, podsyconą szczyptą sarkazmu i bardzo przyjemnym humorem. Nie raz cieszyłam się sama do siebie czytając dygresje Lucy (albo jej dziwaczne porównania), a to jej "No dobra, skłamałam" sprawiało, że chciałam więcej i więcej. Połykałam te strony. Chłonęłam jej świat i razem z nią przeżywałam chaos, który powstawał. Polubiłam Lucy, no co Was będę oszukiwać - polubiłam i już. Świetnie skonstruowana postać z wadami i zaletami i jak to u Ahern bywa - z bijącym z wnętrza ciepłem. Ale poza Lucy mamy tutaj cały kalejdoskop barwnych postaci - zaczynając od szalonej grupy przyjaciół, przez roztargnionych współpracowników, po rodzinę z zasadami i na nietuzinkowych sąsiadach oraz samym Życiu kończąc. Każda osoba coś sobą wnosi, a niejednokrotnie skrywa intrygującą tajemnicę. 

Poza dopracowaniem stylistycznym i ujmującym warsztatem pisarskim, ta niesamowita powieść gdzieś między pomiędzy niesie w sobie piękne przesłanie, skłaniające do refleksji nad naszym życiem. Nad tym, czy przeżywamy dany nam czas we właściwy sposób i czy nie czujemy, że coś bezpowrotnie tracimy. Konfrontuje nas z naszymi głęboko skrywanymi bolączkami i często spychanymi gdzieś w świadomości obawami, które od dawna czekają na rozliczenie. Pora na życie - to bardzo poruszająca i przepełniona ciepłem opowieść o tym, co się może stać gdy zapominamy myśleć o sobie i przestajemy zwracać uwagę na marzenia.
"(...) twoje życie to ty: zawsze trzyma za ciebie kciuki i dopinguje cię nawet wtedy, gdy myślisz, że ci się nie uda." [s. 422]
Ta książka będzie idealna podczas gorszego dnia. Sprawdzi się również wtedy, gdy po raz kolejny sobie z czymś nie radzisz albo gdy czujesz, że życie wymyka Ci się właśnie z rąk. Gorąco polecam Porę na życie - gdy czujesz, że to jest właśnie ta chwila, by coś zmienić!
"Marzenia powinny skłaniać cię do stawiania sobie pytań w rodzaju: Gdybym się nie bała, gdybym nie przejmowała się tym, co ludzie powiedzą, to co bym zrobiła?" [s. 220]
Tak na sam koniec wspomnę jeszcze o moich wrażeniach odnośnie okładki - jest po prostu przepiękna. To dobranie kolorów, fiolet z odcieniami żółci, świetliki, motyl, cieniowanie... Jest prześliczna. Cudowna! 

_______________________________________________________________
Cecelia Ahern, Pora na życie, stron 424, Wydawnictwo Świat Książki, 2014

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Świat Książki

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +3,3 cm
Czytam Opasłe Tomiska: +424
Czytamy powieści obyczajowe

czwartek, 24 kwietnia 2014

Aż gniew twój przeminie - Åsa Larsson


"Pamiętam, jak umarliśmy." [s.7]

Północ Szwecji. Październik. Zima nadeszła w tym roku bez śniegu. Wszystko okryła aksamitna powłoka szronu. Lodowa aura. Chłodne powietrze z intensywnie niebieskim niebem zapowiadało piękny dzień. To właśnie dzisiaj dwoje zakochanych nastolatków - Wilma i Simon, wybrało się na sekretną wyprawę, by nurkując w jeziorze odkryć tajemnice kryjące się na jego dnie. Z prawdziwą ekscytacją wykuli przeręblę, przymocowali do niej linkę wskazującą drogę powrotną i mając umówione znaki ostrzegawcze zagłębili się w lodowatą, zielonoczarną przestrzeń. Nie sądzili, że już nigdy nie wypłyną na ląd...
"Nie mieliśmy pojęcia, że czeka nas śmierć. Że będę krzyczała ustami pełnymi wody. Że zostało nam zaledwie pięć godzin życia." [s. 7]
Panowała nierealna cisza. Wilma w ostatnich chwilach swojego życia widziała mordercę. Patrzyła mu prosto w oczy. Później był już tylko chłód i ciemność... Wilma wraca do domu swojej babci, siada przy stole i obserwuje ją. Widzi jak przygotowuje dla niej naleśniki i wie, że już nigdy ich razem nie zjedzą. Wie, że serce jej pęknie z rozpaczy i że wszyscy będą ich szukać, ale kto ich odnajdzie skoro to była sekretna wyprawa? I czy wyjdzie na jaw kto, jak i dlaczego ich zabił? 

Odpowiedzi na te i inne dręczące pytania wyskakujące z kart niczym nocne koszmary poszukujemy wraz z prokurator Rebecą Martinsson (która jest jednocześnie główną bohaterką serii kryminałów Asy Larsson) oraz policjantką Anną Marią Mellą i kilkoma innymi bohaterami - wszystkie postaci są mocno zarysowane z wyraźnym kręgosłupem psychologicznym. Chciałabym też zaznaczyć, iż mimo, że nie czytałam poprzednich powieści autorki odnalazłam się w fabule i nie sprawiło mi to większego problemu, jedynie zachęciło do poznania kolejnych jej dzieł.

Początek książki aż poraża swoim impetem i siłą przekazu. Jest zdecydowanie najsilniejszą jej częścią, później akcja zwalnia tempo i podąża niespiesznie, często zatracając się w przeszłości. Wszelkich poszukiwaczy krwawych scen i mrożących krew w żyłach wydarzeń - od razu uprzedzam, iż ta publikacja jest bardziej thrillerem psychologicznym skupionym na bohaterach i ich wewnętrznych odczuciach, niż mocnym kryminałem. 

Mordercę poznajemy dość szybko za sprawą Wilmy, która jako wędrująca dusza przetacza się przez całą powieść, odwiedzając kolejno ważne osoby. Ale nie to jest tutaj istotne, kto to zrobił, a raczej dlaczego? Jakie motywy nim targały i co takiego działo się w jego psychice, że dopuścił się takiego czynu. Ta historia ma w sobie głęboko ukryte drugie dno, będące przykrym studium wypaczonych więzów rodzinnych. I to jest jej atut.

Jednym z najciekawszych elementów tej powieści jest wątek samej Wilmy, jako zmarłej - czującej i myślącej oraz mroczna tajemnica z przeszłości sięgająca czasów II wojny światowej. Do grona plusów zaliczyłabym też nienagannie oddany klimat mroźnej Szwecji (tutaj Kiruny), całkiem zgrabnie wplecione historyczne fakty oraz dopracowany warsztat stylistyczny pozwalający na czytanie z prawdziwym zaangażowaniem. Ale niestety pojawiają się także minusy, np. trochę chaotyczne przeskakiwanie w sposobie narracji łącznie z brakiem ogólnego schematu - jednak nie wywiera to aż tak silnego negatywnego oddziaływania. 

Aż gniew twój przeminie to przede wszystkim opowieść o dzielnych kobietach, bez których mężczyźni nie są zbyt wiele warci i o ogromnej samotności starszych ludzi pozostałych w wyludnionych wioskach, ale przede wszystkim o tym jak bardzo człowiek człowiekowi potrzebny jest do szczęścia. Asa Larsson z precyzją wytrawnej pisarki opisuje zawiłości relacji międzyludzkich i ludzkich wnętrz, zahaczając przy tym o świat pozamaterialny. Czego chcieć więcej? Może tylko tego, by nazywać jej dzieła "kryminałami psychologicznymi" o ile taki gatunek w ogóle istnieje.


_____________________________________________________________________________________________
Åsa Larsson, Rebeca Martinsson: tom 4 Aż gniew twój przeminie, stron 352, Wydawnictwo Literackie, 2012

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackie

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +2,6 cm
Czytam Opasłe Tomiska: +352 
Klucznik: +2

wtorek, 22 kwietnia 2014

Pierwszy śnieg - Jo Nesbø


"To było tego dnia kiedy spadł śnieg." [s. 7]

Listopad 1980 roku. Pierwsze opady śniegu. Tuż przed garażem zatrzymuje się młoda kobieta z synkiem, zostawia malucha w środku mówiąc, że niedługo wróci, a sama znika we wnętrzu domu. Wracając widzi przed domem ulepionego bałwana. Przerażony chłopiec z drżeniem w głosie mówi tylko jedno słowo: "umrzemy". Listopad 2004 roku. Zgłoszono zaginięcie kobiety. Nie ma żadnych śladów, jedyną oznaką jest bałwan w ogrodzie. Pozornie błahe śledztwo przybiera na tempie, gdy pojawia się kolejne zgłoszenie, tym razem o morderstwie kobiety i znów elementem charakterystycznym jest bałwan ze śniegu. Morderstw przybywa, stają się coraz bardziej inteligentne, przerażające i brutalne, a morderca nadal pozostaje nieuchwytny, kto nim jest i dlaczego na swoje ofiary wybiera zawsze młode zamężne matki? 

"Wkrótce spadnie pierwszy śnieg. Wtedy on znów się pojawi. Bałwan. A kiedy śnieg zniknie, okaże się, że znów zabrał kogoś ze sobą." [s. 72]


Rozwiązaniem zagadki zajmuje się nie kto inny, tylko ulubiony bohater Nesbø - Harry Hole. Pełen uroku, niczym taki norweski James Bond - zawsze o krok przed innymi. Bystry, śmiało łączący fakty i ciągle pracujący nad sprawą (nawet po godzinach pracy), a jego poruszające się mózgowe trybiki aż parzą przez strony. Fascynujące! Postać Harrego - nieco tragiczna, dość dramatyczna, borykająca się z własnymi demonami, jest naprawdę mocno skonstruowana, co uważam za jeden z głównych atutów warsztatu Nesbø. Do tego niezwykle plastycznie przedstawiona Norwegia, sporo czarnego humoru, mnóstwo ciekawostek oraz kilka ciekawych wątków erotycznych naprawdę świetnie wkomponowanych i dodających tylko smaczku całej historii - całość daje w efekcie mieszankę wybuchową, a ja swoje pierwsze spotkanie z Jo uważam za niezwykle udane, i aż proszę o więcej!

Spotkałam się z opiniami, że jakoby dało się domyśleć, kto jest mordercą dużo wcześniej, ba, nawet wiele osób twierdziło, iż jest to jedna z najsłabszych powieści w serii. Jednak mi się to nie udało - przyznaję szczerze, że byłam mocno przekonana, iż zabójcą jest ktoś zupełnie inny. Śledziłam akcję z zapartym tchem czekając, czy moje przypuszczenia się potwierdzą, ale nie domyśliłam się. Naprawdę. Może było to spowodowane tym, że czytałam przemęczona przez świąteczne przygotowania, nie mam pojęcia, jednak zakończenia absolutnie się nie spodziewałam - ale to chyba po to czyta się kryminały nieprawdaż? Żeby rozwiązanie zagadki wcisnęło w fotel. Mnie wcisnęło. Zamknęłam okładkę i po raz drugi w tym roku powiedziałam - łał.

Po mistrzowsku skonstruowana fabuła, wciągająca akcja i realny główny bohater. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Nie ma tutaj niepotrzebnych zapychaczy, zbędnych opisów, czy dłużących się elementów - jest szybko, wyraźnie, ostro, intensywnie, a Nesbo z urokiem rasowego pisarza fenomenalnie plącze wątki i podsuwa fałszywe tropy, znakomicie się przy tym bawiąc. Absolutnie nie waham się go zaliczyć do grona wybitnych władców pióra w gatunku kryminał połączony z thrillerem. 

Jednak Pierwszy śnieg to nie tylko wielopłaszczyznowa trzymająca w napięciu intryga, ale także interesujące i rzeczywiste wątki obyczajowe. Owszem występują tutaj nawiązania do poprzednich przygód Harrego, ale nawet bez ich znajomości czytelnik potrafi zgrabnie odnaleźć sie w fabule. Mi nie sprawiło to żadnej trudności i zachęcam - jeżeli ktoś podobnie jak ja, nie znał do tej pory tego fenomenalnego pisarza - śmiało może rozpocząć swoją przygodę właśnie od Pierwszego śniegu (i niech nie przeraża Was fakt, że to siódmy tom serii). Gwarantuję Wam - nie będziecie zawiedzeni! 



__________________________________________________________________________
 Jo Nesbø, Harry Hole: tom 7 Pierwszy śnieg, stron 432, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat S.A.

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +3,3 cm
Czytam Opasłe Tomiska: + 432 stron
Klucznik: Śmierć w rozdziale, Autor jeszcze nieczytany

sobota, 19 kwietnia 2014

Chwalipięctwo, czyli stosik 4/2014


Przedstawiam Wam cudowne książkowe nowości, które na przełomie marca i kwietnia zasiliły moją biblioteczkę :)
Stosik ze strony lewej obejmuje egzemplarze recenzenckie, zaś stosik ze strony prawej moje własne zakupy :)


Strona lewa, od góry:

Cześć, mam na imię Michał - Michał Krupa 
Rówieśnik komputera - Alan Bielecki recenzja klik
- otrzymane od autorów

Aura. Jak ją zobaczyć i zinterpretować - Ted Andrews recenzja klik
- otrzymane od Wydawnictwa Studio Astropsychologii

Nomen omen - Marta Kisiel
Druga szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk
- otrzymane od Grupy Wydawniczej Foksal

Pierwszy śnieg - Jo Nesbo (recenzja niebawem)
- otrzymane od Grupy Wydawniczej Publicat S.A.

Czas żniw - Samantha Shannon recenzja klik
- otrzymane od Wydawnictwa SQN 

Mąż zastępczy - Joanna M. Chmielewska recenzja klik
Małe kobietki - Louisa May Alcott recenzja klik
- otrzymane od Wydawnictwa MG

Pora na życie - Cecelia Ahern (recenzja niebawem)
Samolot bez niej - Michel Bussi recenzja klik
Wilk z Wall Street - Jordan Belfort recenzja klik
- otrzymane od Wydawnictwa Świat Książki

Sherlock Holmes, tom 1 - Artur Conan Doyle recenzja klik
- otrzymane od Wydawnictwa Zysk i S-ka


Zdecydowana większość z powyższych już została przeze mnie przeczytana i zrecenzowana, z czego się bardzo bardzo cieszę - zapraszam na recenzje załączone w linkach :) Pora na życie oraz Pierwszy śnieg pojawią się na łamach bloga już niebawem, podobnie jak te, które pozostały. :)


Strona prawa, od góry:

Malinche. Malarka słów - Laura Esquivel
Piąta fala - Rick Yancey
Bliżej słońca - Richard Paul Evans
Szeptem - Becca Fitzpatrick
Pandemonium - Lauren Oliver
Sekret Julii - Tahereh Mafi
- zakupione na szalonej promocji Znaku, każda za 9,90zł  


Tak, to właśnie o tych szalonych zakupach informowałam jakiś czas temu na facebooku ;) Może podsumuję raz jeszcze (tak żeby się profesjonalnie dobić): kupiłam Sekret Julii mimo, że Dotyku jeszcze nie czytałam i nawet nie posiadam (ale pocieszam się faktem, że mam zamiar polować na nowe wydanie w okładce z okiem, które ma się pojawić przy premierze Daru) mam też nadzieję, że treściowo się nie zawiodę... Kupiłam Pandemonium, mimo, że Delirium grzeje półkę już od stycznia i nie mam pojęcia kiedy je przeczytam... Na Szeptem skusiłam się głównie poprzez cenę i ciekawość, ponieważ opinie o nim są skrajnie różne. Bliżej słońca, ponieważ zachęciła mnie fabuła i świadomość tego, że posiadam już jedną z książek Evansa, która (nie ważne, że) obrasta kurzem już od stycznia i że podobnie jak poprzednich, jeszcze jej nie czytałam i nie wiem jak Evans pisze, ale skoro uwiódł już miliony, to może uwiedzie i mnie? Piąta fala - bo cena i fejm w sieci, wahałam się długo, zobaczymy, a Malinche malarka, bo treść całkiem całkiem (przynajmniej tak się zapowiada...)  


Opowieści sieroty, tom 1 - Catherynne M. Valente
Dopóki śpiewa słowik - Antonia Michaelis
Złodziejka książek - Marcus Zusak
- zakupione na Aros.pl


Ci z Was, którzy czytali moją recenzję Baśniarza (może ją podlinkuję, o tutaj klik) zapewne się dziwią co robi tutaj Słowik - otóż - gdybym przeczytała Baśniarza kilka dni wcześniej zapewne nigdy nie zdecydowałabym się na zakup Słowika, jednak włożyłam, go do koszyka (przyznaję się) trochę w ciemno, jako jedna z wielu tysięcy nieświadomych dusz niemających pojęcia o beznadziejności tego tworu (no cóż). Teraz przeczytam go z czystą premedytacją i oczywiście poinformuję Was o moich emocjonalnych odczuciach ;) Opowieści sieroty pochodzą z Uczty Wyobraźni - myślę, że będzie to moja jedna z ulubionych serii wydawniczych. Natomiast Złodziejkę od dawna pragnęłam mieć i wreszcie udało mi się spełnić swoje marzenie - prezentuje się wspaniale, w pięknej twardej oprawie i z okładką niefilmową - czyli jest dokładnie taka o jakiej marzyłam :)

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rówieśnik komputera - Alan Bielecki


"Idąc do domu, rozmyślał. Czy to możliwe? Takie świństwo? To niewiarygodne. I po co? Ale mówili, że to się zwykle robi z dziewczynami. Ja na pewno nigdy czegoś takiego nie zrobię." [s. 76]

Książka zaczyna się w czasach rozkwitającego PRL-u, kiedy to młody Władysław postanawia przenieść się ze wsi do miasta w poszukiwaniu lepszych perspektyw. Tak trafia do Poznania. Tutaj zostaje radiotechnikiem, zakłada rodzinę, a także, jako jeden z niewielu, szybko staje się właścicielem samochodu i telefonu. Później fabuła skupia się bardziej na synu Władysława - Mirku. Mirek, ku uciesze ojca, od dzieciństwa garnie się do wszelkich nowinek technicznych. Jednak w okresie dojrzewania pomiędzy nim, a ojcem rodzi się konflikt. Wszystko dodatkowo pogarsza fakt, że Mirek wdaje się w zażyłe relacje z męskim koleżeństwem...

Biorąc do ręki książkę, której autor ukrywa się pod pseudonimem pojawia się pytanie dlaczego? Jakie powody nim kierowały, że podjął się właśnie takiego rozwiązania. W przypadku tej właśnie publikacji odpowiedź zdaje się nasuwać sama, ponieważ traktuje ona o nietolerancji i braku zrozumienia dla osób o preferencjach homoseksualnych. 

Książka, mimo swoich niewielkich rozmiarów, przedstawia dzieje trzypokoleniowej rodziny na przestrzeni ponad 20 lat. Tym rozstrzeleniem fabuły w czasie i przydługim wstępem przedstawiającym dzieje Władysława, autor prawdopodobnie chciał nakreślić portret psychologiczny głównego bohatera, by wyjaśnić jego późniejsze zachowanie wobec preferencji seksualnych syna. Niestety zabrakło tutaj umiejętności stylistycznych i walorów językowych, bowiem poprowadzenie wątków jak i osobowości bohaterów zostało potraktowane nazbyt pobłażliwie, co niejako sprawia trudność w zrozumieniu motywów targających późniejszymi poczynaniami, szczególnie Władysława. 

Szkielet psychologiczny Mirka nakreślony został już precyzyjniej. Wyraźnie widać, że chłopak jest nadwrażliwy i gubi się w swoich uczuciach. Rodzice zajęci pracą nie poświęcają mu należytej uwagi i nie tłumaczą, a wręcz unikają edukacji na polu uczuciowym. Widać także jak wielki ból zadają mu nauczyciele i rówieśnicy, którzy ograniczeni swoimi skostniałymi komunistycznymi poglądami o tym, że inność  należy piętnować i wystawiać na publiczne wyśmianie, kaleczą go wewnętrznie. 

Zakreślone w treści błędy wychowawcze oraz brak umiejętności rozmawiania z dziećmi uważam za jedną z głównych zalet tejże publikacji. Natomiast wybranie dla fabuły tła w postaci czasów komunistycznych, gdzie każda odmienność traktowana była jako anomalia i trzeba było z nią walczyć, okazało się naprawdę ciekawym rozwiązaniem i zarazem niezwykłą metaforą dzisiejszych czasów. Całkiem zgrabnie wpleciono tutaj także fizykę, matematykę, tranzystory, kondensatory, jak i techniczne nowinki tamtego okresu. 

Niestety oparcie fabuły głównie na dialogach, często drętwych i nużących, brak dbałości o stylistykę, a także mocno szczegółowe opisy przypadkowych pocałunków, pieszczot oraz masturbacji - w przypadku, gdy cała treść książki snuta jest bardzo delikatnie - w moim odczuciu mocno zaszkodziły. Podsumowując: poprowadzenie akcji, włączając w to jej tragiczny koniec, nie wzbudziło we mnie krzyku przeciwko homofobii (jak to zostało zaznaczone na okładce), a jedynie zasygnalizowało genezę stereotypów. Pragnę jednak podkreślić, że w moim subiektywnym odczuciu Rówieśnik komputera - to niezwykle dramatyczna historia młodego chłopaka zagubionego w labiryncie własnych myśli, a także ciekawe studium relacji ojciec - syn. Jest to też barwne przedstawienie czasów wczesnego PRL-u, łącznie z prześladowaniami i szantażem ze strony SB oraz początkiem rozwoju techniki i życia społecznego.


_____________________________________________________________________
Alan Bielecki, Rówieśnik komputera, stron 192, Wydawnictwo Labiryntus, 2013

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Autorowi

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +1,1 cm
Klucznik: Śmierć w rozdziale, Autor jeszcze nieczytany

środa, 16 kwietnia 2014

Liebster Blog Award #4




W ciągu ostatnich kilku dni otrzymałam aż 12 nominacji do tejże zabawy.
Cóż mogę powiedzieć - dziękuję! :)

Dzisiaj przedstawiam Wam moje odpowiedzi jedynie na 5 pierwszych nominacji, które otrzymałam od:
Raszka

Tym razem do niektórych pytań podeszłam trochę z przymrużeniem oka :)
Miłego czytania ;)



Pytania od Magda Saska-Radwan

1. Najdziwniejsza rzecz, która mi się przydarzyła.
Chyba to, że zgodziłam się odpowiedzieć na te Twoje dziwaczne pytania ;D

2. Wiemy jak jest 'na pieska', a czy ktoś wie jak jest 'na kota'?
Miałam kiedyś kota to wiem, gdyby się nie rzucił pod samochód mogłabym mu powiedzieć to by Ci pokazał. Ale czy Ty wiesz jak jest na żyrafę?

3. Kiedy ostatnio myłaś/myłeś zęby lewą ręką?
Preferuję prawą. Lewa nie jest zbyt dokładna.

4. Czy jesz banany razem ze skórką?
Zazwyczaj obieram, skórka bywa twarda i boję się o moje jedynki.

5. Opisz swoje życie seksualne tytułem książki.
"Szaleństwo zmysłów"

6. Numer konta i pin.
Posiadam kilka, do wszystkich chcesz? ;D

7. Jutro wyłączają internet na zawsze. Co robisz?
Print screena już teraz! (albo schowałabym go w szafie)

8. Co byś powiedział/powiedziała do swojej ulubionej autorki?
Dzień dobry. :)

9. Dlaczego odpowiadasz na te pytania? :P
Bo Ci obiecałam, że to zrobię, a nie lubię nie wywiązywać się z obietnic :)


Pytania od Wondeland OfBook

1. Z którym bohaterem umówiłabyś się na randkę?
A może być nieksiążkowy? Jeśli tak to z serialowym Sherlockiem! :)

2. Z którym autorem lub z którą autorką chciałabyś się najbardziej spotkać?
Z Cecelią Ahern. :)

3. Jakie magiczne zwierzę (można wymyślić) chciałabyś najbardziej posiadać?
Złotą rybkę spełniająca życzenia. Ale nie trzy, więcej! :)

4. Jaką magiczną moc chciałabyś posiadać?
Podróży w czasie. I jeszcze mogłabym mówić rzeczom co mają robić, np odkurzaczowi żeby poodkurzał, albo ubraniom żeby się same prasowały. Kuchenka też mogłaby sama gotować ;)

5. Tropami, których bohaterów chciałabyś podążać (jakie miejsce zwiedzić)?
Jest ich tak wielu, że nie mam pojęcia ;)

6. Co byś zrobiła, gdyby napadła Cię mumia?
Starałabym się nie zakasłać na śmierć. (kurz, kaszel, alergia?)

7. Przed Tobą stoi król, duchowny i bogacz i mówią:
Król: Zabij pozostałych dwóch, ponieważ jestem twoim królem.
Duchowny: Zabij ich, a Bóg cie nie potępi.
Bogacz: Zabij, a dam ci fortunę.
Którego posłuchasz?
Bogacza! Materializm ponad wszystko! ;D

8. Wiesz, że jutro jest koniec świata, co robisz?
Pakuję wszystkie swoje książki w pudła i zakopuję w ogródku (w głębokiej nadziei, że przetrwają zagładę)

9. Co w sobie cenisz najbardziej?
Chyba ambicję. To, że stawiam sobie cele i do nich dążę. Tyle, że to takie błędne koło, bo jak coś osiągnę, to stawiam sobie kolejny cel i czasem kolejny i często tak się nimi obarczę, że aż ciężko się odnaleźć - ale taki stan właśnie lubię. Można powiedzieć, że czuję że żyję. :)

10. Gdybyś miała napisać piosenkę, jaki tytuł byś jej dała?
Jej. Nie nadaję się do takich rzeczy, do tego trzeba mieć zacięcie. Niestety nie mam pojęcia :)

11. Poprawna forma (no chyba, że obie są poprawne): "jest napisane" czy "tu pisze"?
Oczywiście "jest napisane". :)


Pytania od Karolina K.

1. Czy częściej kupujesz książki czy wolisz czytać te z biblioteki ?
Kupuję. Lubię wydawać pieniądze, szczególnie te których nie mam :)

2. Czy masz jakąś strategię na zakupy książkowe (wyprzedaże, internet) czy po prostu wchodzisz do księgarni i bierzesz, to, co Ci się spodoba niezależnie od ceny ?
Promocja od promocji, i to najlepiej takiej od przeceny ;)

3. Czy potrzebujesz specjalnych warunków do czytania (cisza, spokój) ?
Tak, raczej tak. Nie skupię się, gdy coś się dzieje wokół, gdy ktoś coś ciągle ode mnie chce. Na czytanie przeznaczam noce. Cisza, spokój... ;)

4. Czy często wymieniasz się książkami z ludźmi, których nie znasz ?
Nie zdarzyło mi się nigdy.

5. Jeśli tak, to czy masz problem oddać jakiś utwór, nawet, jeśli za nim nie przepadasz?
Generalnie nie lubię oddawać książek, nawet jeżeli u mnie mają się kurzyć. Jak sobie pomyślę, że czeka ich gdzieś nędzy los, zabrudzenie okładek, pozadzieranie, połamanie stron... to aż mam dreszcze (to samo dotyczy pożyczania).

6. Czy zdarza Ci się czytać książki/czasopisma w innych językach?
Owszem, głównie w sieci. 

7. Jeśli tak, to w jakich językach ? Może coś polecisz ?
Jedynie po angielsku, chyba nie muszę polecać, bo wszyscy zapewne znają ;)

8. Jakie języki obce chciałabyś znać w przyszłości ?
Norweski i francuski. O tak! Bardzo bym chciała :)

9. Prenumerujesz lub kupujesz jakieś czasopisma ?
Teraz nie. Jakiś czas temu prenumerowałam namiętnie Elle, Moje mieszkanie i Cztery kąty :)

10. Jaki utwór, według Ciebie, powinien stać się lekturą w szkole ?
Skoro Harry Potter już tam jest to nie mam nic do dodania...

11. Czy masz jakieś pasje lub zainteresowania oprócz czytania książek ?
Oczywiście. Ale brakuje mi na nie czasu :)


Pytania od Raszka

1. Jaki zawód wykonywałby bohater napisanej przez Ciebie książki?
Chwila! Ja jeszcze nie mam fabuły ;p

2. Twoja ulubiona książkowa okładka to?
Biorąc pod uwagę moje ostatnie dokonania czytelnicze będzie nią "Samolot bez niej" Michela Bussi, ale teraz czytam "Porę na życie" Cecelii Ahern i też ma magiczną okładkę...

3. Ile miałeś/miałaś lat, kiedy nauczyłeś/nauczyłaś  się czytać?
Ponoć 4.

4. Czytasz w łóżku i przy jedzeniu, czy może uważasz to za profanację?
Nie uważam tego za coś złego i czasem mi się zdarza. Nie mam nic przeciwko :)

5. W jakich językach czytasz książki, artykuły, publikacje?
Po angielsku. Próbowałam zmierzyć się kiedyś z niemieckim, ale dość dotkliwie to pamiętam ;)

6. Do którego okresu w dziejach Polski chciałbyś/chciałabyś się przenieść?
Nie wiem, czy bym się chciała teleportować akurat do Polski.

7. Czy uważasz, że obecnie brakuje dobrej książki o młodych ludziach (współczesnych), takiej naprawdę życiowej i dobrze osadzonej w realiach, niekoniecznie smutnej?
Nie. Czytałam kilka takich i uważam, że są.

8. Koc czy poduszka? (ha! Podchwytliwe!)
Koc :)


Pytania od kwiatusia

1. Którego bohatera literackiego zaprosiłabyś/zaprosiłbyś na zbliżające się święta Wielkanocne? I dlaczego akurat jego?
Shreka. Mógłby podojadać wszystkie resztki. ;p

2. „Wonderful world” czy jednak „Dziwny jest ten świat”?
Wolałabym "A perfect day" ;)

3. Czy jest jakiś gatunek literacki, do którego czujesz awersje? Jeżeli tak, to czy sięgasz po lektury z tego gatunku, recenzujesz, czy omijasz je szerokim łukiem?
Reportaże. Chyba nigdy się nie przekonam.

4. Czy masz jakiś sekret, którego nie zdradziłaś/eś nikomu?  (Może masz ochotę go teraz wyznać? ;))
Jadam deser przed obiadem - bo gdyby świat skończył się podczas jedzenia obiadu, to straciłabym to co najlepsze! Zupełnie jak w "Remember me" - oglądał ktoś? Świetny film, pomyślę nad napisaniem recenzji ;)

5. Co przyczynia się do tego, że wracacie do raz odwiedzonych blogów? Co musi mieć blog w sobie, że go śledzicie i komentujecie wpisy?
Jest niebanalny i ma swój własny klimat :)

6. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Lot balonem! :)

7. Co byś zrobił/a gdyby przez przypadek trafił w Twoje ręce kupon lotto, a na nim znajdowałaby się ta jedyna szczęśliwa, zwycięska szóstka ?
Wzięłabym najbliższych i wyruszyła w podróż dookoła świata. :)

8. Jak zapach kojarzy Ci się z dzieciństwem?
Zapach jabłek pieczonych na kaflowym piecu :)

9. Co robisz, gdy idąc ulicą przygląda Ci się przystojny mężczyzna / piękna kobieta, a Ty zauważasz w witrynie sklepowej, że masz "wąsik" z wypitego rano cappuccino?
Kokieteryjnie dotykam ust ;)

10. Ile najdłużej byłabyś/byłbyś w stanie wytrzymać bez swojej pasji?
Myślę, że ile bym nie powiedziała to zawsze byłoby zbyt długo... :)

11. Dlaczego odwiedzasz mojego bloga?
Bo lubię czytać Twoje posty, no i założyłyśmy blogi w podobnym czasie :)



Jeszcze raz dziękuję za pamięć o mnie! :)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Małe kobietki - Louisa May Alcott


Ameryka, lata sześćdziesiąte XIX wieku. W domostwie zwanym Orchard House od pokoleń mieszka rodzina Marchów. Pod nieobecność ojca, kapelana biorącego udział w wojnie secesyjnej, opiekę nad czterema córkami sprawuje samodzielnie ich matka, nazywana przez córki mamisią. Córki pani March - stateczna Meg, żywa jak iskra Jo, nieśmiała, uzdolniona muzycznie Beth i nieco przemądrzała Amy - starają się, jak mogą, by urozmaicić swoje naznaczone ciągłym brakiem pieniędzy życie, chociaż boleśnie odczuwają nieobecność ojca. Bez względu na to, czy układają plan zabawy czy zawiązują tajne stowarzyszenie, dosłownie wszystkich zarażają swoim entuzjazmem. Poddaje mu się nawet Laurie, samotny chłopiec z sąsiedniego domu, oraz jego tajemniczy, bogaty dziadek. (zarys fabuły pochodzi z okładki)

Ciężko jest recenzować klasykę żeby nie wyjść na niewdzięcznika, jednak gust to przecież sprawa indywidualna, czyż nie? Małe kobietki to trochę taka amerykańska L.M. Montgomery, a że do Montgomery miłością nie pałam, to owa książka była dla mnie jedynie tyle co dobra. Nigdy nie przepadałam za "Anią z Zielonego Wzgórza", wręcz mam z nią nieprzyjemne wspomnienia, a czas omawiania jej w szkole jako lektury wspominam jako drastyczny, więc może to dlatego Małe kobietki nie trafią na moją półkę ulubionych. 

Może byłoby inaczej gdybym przeczytała je chociaż 10 lat temu? Trudno  powiedzieć. Co mam na myśli, otóż: ta powieść to wspaniałe studium dorastania i sielskość połączona z moralizatorskim przekazem - jednak tego ostatniego było tutaj zdecydowanie za dużo. To książka głęboko dydaktyczna i do bólu wyidealizowana. Już samo to, że jej akcja rozpoczyna się podczas Świąt Bożego Narodzenia i podczas nich także kończy - daje do myślenia. Małe kobietki są przesycone dobrocią, rodzinnym wsparciem, nadzieją i miłością - jednym słowem to taka bajka. Rodzina głównych bohaterek jest uboga, ale szczęśliwa. Wszyscy się wspierają, troszczą o siebie i mimo klepania biedy, a nawet przeżywania cięższych chwil - potrafią docenić piękno dnia codziennego, i często podzielić się ostatnim posiłkiem z uboższym. Ale jak to w bajkach bywa: ktoś jest dobry, ktoś jest zły, a i tak wszystko kończy się dobrze. Tak jest też tutaj. W opozycji do rodziny March pojawiają się rodziny bogate, które zawsze są: albo nazbyt zgorzkniałe, albo nieszczęśliwe, albo zepsute, albo wyrachowane, a dopiero gdy zbliżają się do sióstr - zmieniają swoje nastawienie - stają się życzliwe i uśmiechnięte. Podsumowując: z tej książki siarczyście sączy się jedno główne przesłanie - pieniądze szczęścia nie dają.

Owszem powieść ma w sobie wiele ciepła i uroku, idealnie nadaje się też na umilacz czasu - jednak jest to przede wszystkim - wspaniała pozycja dla młodej damy wchodzącej w wiek dorastania. Czytało mi się ją lekko i szybko. Poruszyła wyobraźnię, czasem rozbawiła, a czasem zaszkliła oczy jednak czegoś tu brakowało. Może to mój wiek nie pozwala mi jej docenić, może to te aluzje do Montgomery. Nie wiem. Jednak książkę polecam - polecam ją jako prezent dla młodej panny, dla dziewczynki, dla mamy która będzie ją czytała dziecku, a także fankom "Ani z Zielonego Wzgórza" - myślę, że w takich przypadkach sprawdzi się idealnie i nikt nie będzie zawiedziony.

Jako ciekawostkę chciałabym dodać, że fabuła została oparta na prawdziwych wspomnieniach May Alcott z dzieciństwa, czyli jest niejako biograficzna, bowiem, każda z sióstr March ma swój odpowiednik w siostrach Alcott - tyle że życie tych drugich okazało się dużo bardziej przykre niż tych pierwszych. Prawdziwa Beth, czyli Elizabeth Alcott w wieku 23 lat zachorowała na szkarlatynę i zmarła, Amy (May Alcott) zmarła w młodym wieku podczas podróży po Europie, którą opłacała jej starsza siostra autorka, Meg (Anna Alcott) wcześnie owdowiała i razem z siostrą wychowywała swoją dwójkę dzieci, a Jo (czyli sama Louisa May Alcott) nigdy nie wyszła za mąż, ale za to jej książka dla młodych panien od razu po wydaniu osiągnęła wielki sukces.

Poza tym, że "Małe kobietki" znalazły się na liście BBC 100 książek, które trzeba przeczytać, zostały również kilkakrotnie sfilmowane. Mogę polecić ekranizację z roku 1994, którą oglądałam już kilka razy (i zapewne obejrzę jeszcze nie raz) głównie ze względu na świetną rolę Winony Ryder jako Jo. Ale poza nią film obfituje w same znakomite kreacje. Na uwagę zasługuje chociażby Susan Sarandon w roli mamisi i Christian Bale w roli Lauriego, a także młodziutka Kirsten Dunst, Trini Alvadoro i Claire Danes wcielające się w siostry March. Serdecznie polecam, bardzo przyjemna opowieść dla tych mniejszych jak i dla tych całkiem większych.


___________________________________________________________
Louisa May Alcott, Małe kobietki, stron 304, Wydawnictwo MG, 2012

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +1,9 cm
Klucznik: 
Grunt to okładka: Czerń i biel
Czytamy powieści obyczajowe
Czytamy literaturę amerykańską

niedziela, 13 kwietnia 2014

Lars and the Real Girl [2007]



Lars to nieśmiały i zagubiony młody mężczyzna. Małomówny, skryty i zamknięty w sobie - typowy samotnik. Połamany wewnętrznie stroni od ludzi i przeraźliwie boi się dotyku. Na co dzień pracuje w biurowcu, co niedzielę bywa w kościele, a poza tym - nic. Zamyka się w mieszkaniu, które jest garażem jego brata i unika wszystkiego łącznie z zaniepokojonymi bliskimi. Lokalna społeczność oraz przede wszystkim jego własny brat z żoną, namawiają go usilnie, żeby wreszcie znalazł sobie towarzyszkę życia. Więc pewnego dnia, Lars zjawia się u nich ze swoją nową dziewczyną - Bianką. Problem tylko w tym, że Bianka jest plastikową lalą... Dzięki niej Lars przestaje być odludkiem - ale nie chowa jej w szafie albo pod łóżkiem, nie wykorzystuje jej również do zaspokajania swoich seksualnych potrzeb - on obdarza ją prawdziwym szczerym uczuciem. Bianka dostaje ubrania i swój pokój, bierze z nim udział w nabożeństwach niedzielnych, a także przyjęciach oraz odwiedza lekarza - staje się częścią społeczności. Larsa nikt nie ocenia, ani nie wyśmiewa, wszyscy zgodnie akceptują jego zachowanie. 




Mimo, iż oglądając doskonale zdajemy sobie sprawę, że podobna historia nie miałaby racji bytu w rzeczywistych warunkach - bo niezwykle trudno sobie wyobrazić, że społeczność toleruje erotyczną plastikową lalę na kościelnej ławce (nawet jeśli jest ona częścią terapii i pomaga w codziennym życiu) to tą opowieść mimo wszystko ogląda się bardzo miło i niewątpliwie wzbudza w odbiorcy emocje - pod warunkiem, że damy jej się porwać. 

Przez większą część filmu próbowałam rozgryźć dlaczego Lars zrobił to, co zrobił. Zadawałam sobie szereg pytań o jego poczucie samotności,  załamanie nerwowe, o ten strach przed ludźmi, ale ten obraz mimo dziwacznej fabuły nie popada ani w absurd ani też w groteskę. Jest za to pełen lirycznych i klimatycznych scen oraz takich przepełnionych emocjami. Na duże brawa zasługuje tu wrażliwość reżysera i kunszt scenariusza oraz bardzo solidna realizacja - oszczędne zdjęcia, montaż i klimatyczna muzyka.

Największym jednak atutem tego filmu bezsprzecznie pozostaje Ryan Gosling, który pięknie wspina się tutaj na wyżyny swoich umiejętności. Jego Lars, początkowo odbierany jako szaleniec i dziwak, ze swoją szczerą miłością do Bianki - czyni wiarygodną całą tą historię. No i ten jego nietuzinkowy grymas naśladujący uśmiech i zamykanie oczu - na długo pozostają w pamięci. Jednak nie tylko Gosling tutaj błyszczy. Poza nim i Bianką należy koniecznie wspomnieć o Paulu Schneiderze i Emily Mortimer - czyli filmowym bracie Larsa i jego żonie, którzy próbują pomóc głównemu bohaterowi, choć nie bardzo wiedzą jak. I jest jeszcze ktoś - urocza Kelli Garner, która jako Margo skrycie podkochująca się w Larsie jest szalenie sympatyczna i swoją kreacją stawia przysłowiową kropkę nad i.




Ten film to doskonały przykład kina niezależnego i udane połączenie komedii i dramatu - taka bardzo delikatna tragikomedia ukazująca problem zagubionego faceta i jego rozpaczliwą próbę oswojenia się z ludźmi. 

O takiego rodzaju filmach mówi się powszechnie - małe wielkie kinoniezwykle czarująca, a zarazem naiwna opowieść wprost kipiąca emocjami i zapadająca w pamięć. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych filmów.

Gorąco polecam!  

W 2008 roku Lars and the Real Girl został nominowany do Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny.


piątek, 11 kwietnia 2014

Czas Żniw - Samantha Shannon


"Byłam pewnego rodzaju hakerem. Nie czytającym umysł, raczej radarem umysłu wchodzącym w zaświaty. Potrafiłam dostrzegać szczegóły sennego krajobrazu i dusze łotrów. Rzeczy, które działy się poza mną. Rzeczy niewyczuwalne dla przeciętnego jasnowidza." [s. 15]

Rok 2059. Londyn. Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney (lub też Blada Śniąca) oficjalnie: pracuje w barze z tlenem, nieoficjalnie: jest protegowaną mim-lorda, Jaxona Halla i inwigiluje inne dusze w sekcji I-4 SajLo włamując się do ich umysłów. Pozyskuje w ten sposób ważne dla syndykatu informacje.  To jej ostatni dzień pracy, po ciężkim tygodniu chciałaby spędzić trochę czasu z niczego nieświadomym ojcem. Niestety tak się nie stanie. Jadąc pociągiem zostaje brutalnie napadnięta i przetransportowana do miejsca, o którego istnieniu nawet nie miała pojęcia. Trafia do Szeolu I - utrzymywanej w tajemnicy kolonii karnej, zarządzanej przez pozaziemską rasę Refaitów. Refaici nie są ludźmi, to bezwzględne i potężne istoty, które co dziesięć lat w okresie tzw. "czasu żniw" sprowadzają do swojego obozu jasnowidzów posiadających niebanalne umiejętności - po to by ich szkolić do walki z odwiecznym wrogiem, Emmitami. Tutaj Paige trafia pod kuratelę samego Naczelnika, a jej tożsamość zostaje zredukowana do numeru: XX-59-40. Niestety takie "wyróżnienie" to nie komplement. Refaici bowiem traktują jasnowidzów jak niewolników, poddają ich torturom i karmią się ich aurami...

Gdy po raz pierwszy trafiłam w sieci na Czas Żniw - poczułam, że to może być właśnie "to". Już sama obietnica fabuły (zaświaty, czytanie w umysłach i jasnowidzenie) oraz fakt, że główną bohaterką nie jest - po raz enty - jakaś szesnastka (czyt. fajtłapowata lolitka ratująca ludzkość przed mega zagładą), a także miły bonus w postaci miejsca akcji usytuowanego w Londynie - sprawiły, że zapragnęłam go przeczytać. Postawiłam mu jednak dość duże wymagania. Co więc czuję po lekturze?

Początek powieści do łatwych nie należy. Około 100 pierwszych stron to prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. Występuje tu tak gęste natężenie nowych słów, że sprawia niemałą trudność w odbiorze, zwłaszcza gdy czyta się nocami. Świat wykreowany przez autorkę jest złożony i skomplikowany, a dodatkowym utrudnieniem są częste retrospekcje, więc w miarę przetwarzania kolejnych rozdziałów, umysł zaczyna się bronić przed przyswajaniem coraz to nowych składowych. Jednak po przebrnięciu przez to wprowadzenie, rzeczywistość Sajonu i Oxfordu - po prostu wchłania i to tak, że nie można się oderwać.

Shannon stworzyła wizję świata, która imponuje swoim rozmachem - i nie mam tutaj na myśli tylko czasów teraźniejszych, ale też historię powstania Sajonu sięgającą aż do czasów Edwarda VII(!). Fabuła zachwyca konstrukcją i dopracowaniem nawet najmniejszych detali. Wszystko jest tutaj przemyślane i "dopieszczone". Wielką przyjemność sprawiło mi odkrywanie poszczególnych tajemnic i układanie ich w całość, jak puzzli.  Stylowo również jest wybornie - język nie jest prymitywny, a nazwy własne absolutnie nie zostały dobrane przypadkowo - co jest niejako pokusą, by jeszcze głębiej zanurzyć się w tej rzeczywistości. 

To co jeszcze bardzo przypadło mi do gustu to fakt, że nie ma tutaj jasno zakreślonego wątku miłosnego. Jest wartkie tempo akcji, pojawiają się przeobrażenia bohaterów i walka o wolność, a sam element karmienia się aurami i rzucania duchami wprost nie pozwolił mi się oderwać od rozdziału, jednak miłość jedynie gdzieś tam czai się w ukryciu - co uważam za duży plus. No i relacja: Paige - Naczelnik, albo raczej: Naczelnik - Paige, czyli prawdziwa czytelnicza uczta. Nawet zaczęłam się po pewnym czasie łapać na tym, że czekam kiedy tych dwoje pojawi się wreszcie na kartach powieści.


"- Nie jesteś niemową - powiedział. - Odezwij się. - Myślałam, że nie mam prawa odzywać się bez pozwolenia. - Zezwalam ci. - Nie mam nic do powiedzenia." [s. 73]

Podsumowując powiem, że Czas Żniw mimo swojego przytłaczającego początku jest powieścią absolutnie wartą przeczytania. Poza tym książka sama w sobie została opatrzona w: schemat wyjaśniający siedem kategorii jasnowidzenia, mapę i słowniczek, a nawet w eteryczną playlistę. Gorąco polecam - ale uprzedzam - to nie jest książka, którą należy zaczynać po męczącym dniu, czy tygodniu, ona wymaga uwagi i skupienia, a zapewniam, że odpłaci się tysiąckrotnie. Jednak jeżeli ktoś, ma ochotę zacząć czytać mimo przemęczenia, stresu i przekrwionych oczu - polecam substytuty w postaci mocnej kawy, magnezu oraz plusza activ - i życzę emocjonujących wrażeń ;)

Czas Żniw to pierwszy tom z zapowiedzianej przez autorkę siedmiotomowej serii The Bone Season. Druga część ukaże się na jesieni tego roku, a jej oficjalny tytuł brzmi: "The Mime Order". Jako smaczek dodam jeszcze, że trwają rozmowy odnośnie przeniesienia historii na ekran kinowy, a sama autorka wypowiedziała się, że w roli Jaxona Halla chętnie zobaczyłaby Benedicta Cumberbatcha! Tak! ami. wtedy na pewno pójdzie do kina ;3 ba! nie pójdzie, a poleci na skrzydłach! Can't wait!


_________________________________________________________________________________
Samantha Shannon, The Bone Season tom 1: Czas żniw, stron 520, Wydawnictwo SQN, 2013

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu SQN

Wyzwania:
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu: +3,9 cm
Czytam Opasłe Tomiska: +520 stron
Klucznik: Śmierć w rozdziale, Autor jeszcze nieczytany
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...